Kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci kamień, niech rzuci.
Soyka
Dzisiejszy powiew świeżego powietrza przyniósł mi do głowy pewną myśl z cyklu "że też nie wpadłam na to wcześniej". Pewnie nie stałoby się to, gdyby nie muzyka w tle, którą "męczę" nieustannie od lat kilku.
Uświadomiłam sobie, że ciągłe upieranie się na słuchaniu utworów, w których mogę doszukać się głębszego sensu, wpływa znacząco na moje rozterki. Nie potrafię zrelaksować się przy muzyce tanecznej, każdą wolną chwilę wykorzystuję na interpretację treści refleksyjnych piosenek zajmujących znaczną część twardego dysku mojego laptopa. Nie wiem czy powinno być mi z tym dobrze czy źle, prawdopodobnie w ogóle fakt ten nie podlega ocenie, bo jest to po prostu część mnie.
Niemniej, nie jest to łatwe bytowanie. Największe zmęczenie materiału następuje w momencie, gdy przez kilka dni słucham poezji śpiewanej. Mam wtedy wrażenie, że powinnam przestać myśleć przez co najmniej następny tydzień, by siła wachlarzu odczuwanych emocji zelżała do minimum. Ile można codziennie godzinami sycić się słowami "Nie myśl, że nie kocham, lub że tylko trochę. Jak cię kocham nie powiem no bo nie wypowiem - tak ogromnie bardzo, jeszcze więcej może", albo też "Spotkali się po latach na środku ulicy i nie mogą się sobie nadziwić, że oboje są tacy siwi, niczym przebierańcy udający prawdziwych". Nieco się obawiam, że przez całe życie.
Niemałego wysiłku wymaga "opanowanie się" w towarzystwie. Każdy, kto mnie zna, wie, że na imprezie na początek najchętniej włączyłabym utwór "Czarny chleb i czarna kawa". Nie są to wysublimowane preferencje muzyczne, jednak kiedy spojrzenia znajomych mówią "litości!", odpuszczam. W domowym zaciszu nadrobię, po stokroć.
Dzień bez Pana Seweryna wydaje się być dniem straconym. Chyba że przyjdziesz do mnie z gitarą i zaśpiewasz "Father and Son".