Czasem
się zastanawiam, jaka jest granica smutku Człowieka. Kiedy popadamy w zły
nastrój, z którego otrząśniemy się jak tylko uśmiechnie się do Nas ktoś
życzliwy, a kiedy sam uśmiech tej Osoby już nie wystarczy?
I, co
musi się takiego w życiu stać, by wyjście z owego smutku wydawało Nam się
niemożliwe?
Prawdopodobnie
Nasz pocieszyciel powie, że zawsze mogło być gorzej, że przecież mamy to, to i
jeszcze tamto, a niektórzy nie mają rodziny, są nieuleczalnie chorzy, nie mają
dachu nad głową. Owszem, będzie to prawdą. Ale my przecież nie chcemy być lepsi
od innych, my tylko potrzebujemy tego jednego, konkretnego bodźca, którego brak
spędza Nam sen z powiek a którego pojawienie się uczyni Nas we własnym
mniemaniu szczęśliwymi. A kiedy Nam się to uda, znajdziemy w sobie mnóstwo siły
i serdeczności, by wyciągnąć rękę do innych potrzebujących.
Jak
zatem przebić się na tę drugą stronę?
Czy smutek rozdzierający jak tygrysa
pazur nie pogrąży Nas na tyle mocno, że bez pomocy osób z zewnątrz nie uda
Nam się z niego wyjść? Kto ma rację - ten, kto mówi - pomogę Ci , czy ten, który próbuje Nam wmówić - Musisz poradzić sobie sam! ? Innymi
słowy, jak dać bodziec do działania osobie pogrążonej w smutku?
Dobrze
mieć obok siebie kogoś, kto Nas otrząśnie ze stanu permanentnej apatii i będzie
próbował zmusić do samodzielnego wyjścia z trudnej sytuacji. Pytanie brzmi, jak
rozpoznać moment, w którym ktoś pogrążony w smutku już nie będzie potrafił
skorzystać z dobrej rady i zacząć działać na własną rękę. Niezwykle cenną
umiejętnością wydaje mi się być rozpoznanie stanu drugiego Człowieka, który bez
Naszej pomocy nie będzie umiał dostrzec piękna Życia. Czasem tak niewiele trzeba..